20 grudnia 2013

Za nami już pierwsze przymrozki. Zima jeszcze do nas w pełni nie przyszła, ale to tylko kwestia czasu. Warto odpowiednio go wykorzystać aby należycie przygotować samochód do zimowych podróży. Pomijam już oczywistą rzecz jaką powinna być wymiana opon z letnich na zimowe. Ten zabieg najczęściej wykonuje się już gdy średnia dobowa temperatura spada poniżej +7 stopni. Tym którzy ciągle jeżdżą na letnich oponach gorąco namawiam do jak najszybszej wymiany opon.

Zimowa aura, ujemne temperatury mogą mieć negatywny wpływ na stan samochodu. Zobaczcie więc poniższy filmik o pasjonatach bezpiecznej jazdy zimą, który przypomni Wam o co warto zadbać przed zimowymi podróżami.

Zimowa półka BP

Tak tak… jak zdążyliście się pewnie zorientować po tytule postu i po treści filmu sponsorem dzisiejszego wpisu na automotiveblog.pl jest marka BP. Wierni czytelnicy mojego bloga zauważą pewnie, że to nie pierwsza obecności marki BP na blogu. Z marką BP się polubiłem już jakiś czas temu, a podczas ostatniego tankowania również na lokalnej gliwickiej stacji BP zauważyłem „zimową półkę” z najbardziej przydatnymi zimowymi akcesoriami w które warto się zaopatrzyć by uniknąć niemiłych niespodzianek na drodze.

Odnośnie samego przygotowania samochodu do zimy to ja dodałbym do informacji przedstawionych w poniższym filmie jeszcze dwie o jakich pisałem już wcześniej. Pierwsza to prawidłowa eksploatacja samochodu i akumulatora, o której wspominałem już wcześniej na blogu. Druga sprawa to mycie samochodu. W zimie zmorą kierowców jest sól, z jednej strony pomaga ona w zimie utrzymać odpowiedni stan nawierzchni dróg, zaś z drugiej strony razem z błotem pośniegowym osadza się na karoserii mogąc tworzyć ogniska korozji. Dlatego też zimą jest zalecane częste mycie samochodu wraz z podwoziem. Niestety spód auta ciężko będzie wymyć na myjni ręcznej, dlatego tutaj warto skorzystać z myjni automatycznej.

Obowiązkowo w zimie należy stosować zimowy płyn do spryskiwaczy. Pozostawienie w zbiorniku płynu letniego może w skrajnej sytuacji skutkować jego zamarznięciem i popękaniem zbiornika. Kolejną przydatną rzeczą będzie odmrażacz do szyb oraz silikon do uszczelek. Zamarznięcie drzwi i ich siłowe otwarcie może skutkować rozerwaniem uszczelki, której wymiana może być dość kosztowna.

Zimowa półka BP

Czas na konkurs 😉 czyli to co lubicie najbardziej. Fundatorem trzech zestawów z zimowymi akcesoriami jest oczywiście BP, a Waszym zadaniem jest opisanie swojej najciekawszej zimowej samochodowej przygody.

Jak zawsze swoje historie opisujecie w komentarzu pod wpisem. Na Wasze propozycje czekam do 27/12/2013 do godziny 23:59. Rozwiązanie konkursu w Sylwestra 😉

Tu znajdzciecie regulamin

tagiTagi: , ,
comment 35 komentarzy »

Komentarze:

  1. Pionas says:

    Bardzo dobre produkty, sam ich używam.

  2. pilotozyrysa says:

    Najlepszym produktem na zimę jest ciepły garaż 😀

  3. DRajwer says:

    Moja zimowa historia to opowieść z dreszczykiem. Parę lat temu w wigilijny wieczór przemieszczając się z jednej świątecznej kolacji na drugą miałem do pokonania kilkadziesiąt kilometrów drogami centralnej Polski. Nic wielkiego, a jednak… Część drogi wojewódzkiej 485 prowadziła przez las, wzbierała się mgła, widoczność była marna, trochę padał deszcz. Dojeżdżając do kolejnego ronda nie przeczuwałem, że zaraz będę musiał wykazać się refleksem godnym Roberta Kubicy. A więc wjeżdżam na rondo (jechałem prosto, drugi wyjazd), redukcja na dwójkę, kierunek w prawo, zjeżdżam i od razu przyciskam gaz – a tu przede mną wyłania się człowiek z rowerem, stojący na samym środku mojego pasa (przypominam, że była mgła i lekko padało, droga przez las, ciemno jak w d…). W ostatniej chwili zdążyłem odbić w lewo i na moje szczęście na przeciwległym pasie nic nie jechało. Zatrzymałem się kawałek dalej, żeby zobaczyć, czy przypadkiem nie zawadziłem gdzieś tego jegomościa. Ale we wstecznym lusterku już nikogo nie było… Do tej pory zastanawiam się, czy ten gość tam rzeczywiście był, jakim cudem zdążyłem go wyminąć i nie wpadłem w jakiś poślizg, lądując w pobliskim rowie? I tak w skrócie wygląda moja opowieść wigilijna z motoryzacją w tle.

  4. maciej says:

    MOJA OPOWIEŚĆ ZACZYNA SIĘ O 5.00 RANO KILKA ZIM DO TYŁU.IDĄC NA PARKING DO SAMOCHODU (MIESZKAM NA OSIEDLU BLOKÓW)CHCĄC JECHAĆ DO PRACY NIE WIEDZIAŁEM GDZIE ZOSTAWIŁEM SAMOCHÓD.PRZEZ 4 DNI NIE UŻYWAŁEM AUTA BO NIE CHCIAŁO MI SIĘ ODŚNIEŻAĆ.CAŁY ŚWIAT ZASYPANY ŚNIEGIEM A JA NIE WIEM GDZIE SAMOCHÓD.ODŚNIEŻYŁEM POŁOWĘ SAMOCHODÓW NA PARKINGU ZANIM ZNALAZŁEM SWÓJ.DO PRACY SIĘ SPÓŹNIŁEM ALE MIŁO TERAZ WSPOMINAM TĄ PRZYGODĘ.JEDYNY PLUS TO TAKI ŻE SĄSIEDZI BYLI WDZIĘCZNI ZA ODŚNIEŻENIE AUTA.

  5. Mateusz says:

    Pamiętam to dokładnie, jakbym mógł inaczej,
    I do końca życia nie zapomnę tego raczej.
    Zima zawsze kojarzyła mi się z okrutną bestią,
    Lecz rok temu uporałem się z tą kwestią…
    To był luty ,może marzec, wszędzie biało,
    Wszyscy byli w szoku, że tak późno zasypało.
    Dojeżdżam do pracy z małej wioseczki,
    I chyba musiałbym przejść na saneczki…
    Mój dom jest przysłonięty potężną górą,
    Lecz napawam się zawsze krajobrazu strukturą,
    Problem mam jednak dosyć spory,
    Z wydostaniem się z domu w mroźne pory.
    Pewnego dnia, gdy do pracy wyjeżdżałem
    Góra zatrzymała mnie ze szczerym zapałem.
    Zakopałem się tak,że żadna z metod nie skutkowała,
    Jednak nagle jakaś pani mnie nieśmiało zawołała…
    „Może pana podwieźć? Nie da rady pan nic zrobić”
    Pomyślałem : przecież nie będę czekać i się modlić.
    Podchodząc bliżej ujrzałem piękną sąsiadkę,
    Na którą, przyznam szczerze, od zawsze miałem chrapkę…
    Była tak urocza, serce jakby szybciej mi biło,
    Chociaż wszędzie zalegał śnieg, to wokół się rozpromieniło.
    Do pracy dotarłem niemal punktualnie,
    A Ania pomogła mi z autem genialnie.
    Jesteśmy dzisiaj parą i uwielbiamy sporty zimowe,
    Wspólnymi siłami zmieniliśmy auto na terenowe.
    Sami sypiemy sobie również drogę,
    By nie liczyć na innych, bo znów zaniemogę…
    Ta historia prawa, że uśmiecham się szeroko,
    Zimą bądźcie zawsze czujni, bo nie tylko śnieg może wpaść wam w oko…

  6. Nulek says:

    To było jeszcze w czasach, kiedy mieszkałam w Krakowie i rozbijałam się po drogach starym jak świat białym Cinquecento, zwanym Białą Strzałą.

    Zachciało mi się w pewien zimowy weekend wycieczki do Tokarni, do skansenu, który tyle razy mijałam w drodze z lub do Warszawy, ale jakoś nigdy nie miałam czasu, by się zatrzymać i zajrzeć do środka. Wyprawa została zaplanowana na niedzielę, ba, znalazł się też znajomy przewodnik. 😉 Nawet padający śnieg, który w ten weekend najwyraźniej postanowił nadrobić zaległości z całej tej wyjątkowo ciepłej zimy, nie zdołał mnie powstrzymać przed 100-kilometrową wycieczką. Przypuszczam zresztą, że już niebawem w słownikach hasło „ośli upór” zostanie zastąpione „nulkowym uporem”…

    Ruszyłam zatem, kalkulując, że trzeba będzie jechać powoli ze względu na złośliwość aury. I całe szczęście, że wykalkulowałam sobie tę ostrożność, bo bardzo mi się w okolicach Chęcin przydała.

    Kilka kilometrów przed Tokarnią jest taki zakręt przy stacji benzynowej. Niby nic. Bagatelka. Na wszelki wypadek jednak, widząc nawiany na drogę śnieg, a raczej – śniegopodobną breję, zwolniłam do mniej więcej 30 km/h. Tyle przynajmniej zdążyłam zobaczyć na liczniku, gdy już wyjeżdżałam zza zakrętu. Następny widok to już jakiś cwaniaczek w czarnym, kanciastym nieco aucie (nie znam się na tych wszystkich markach, rozróżniam tylko Cinquecento od Seicento i małego fiata, więc nie potrafię sprecyzować, cóż to była za machina). Cwaniaczek ów – tuż przed zakrętem!! w takich warunkach!! i na podwójnej ciągłej linii, którą mimo wszystko było widać spod śniegu!! – wyprzedzał sobie wesoło jakieś wolniejsze od niego auto, nie bacząc na to, że z naprzeciwka nadjeżdżam… ja.

    Nie wiem, jak dokonałam w duchu tej kalkulacji, ale doszłam jakoś do wniosku, że nie chcę sprawdzać trwałości mojej Białej Strzały w zetknięciu z tą rozpędzoną kupą blachy i odbiłam na prawo, na pobocze. Taki przynajmniej był plan, bo wykonanie… cóż, nieco przerosło moje oczekiwania. Straciłam przyczepność i mistrzowsko wjechałam do przydrożnego rowu.

    Uch…

    Mam prawo jazdy od ponad 11 lat. Uczyłam się jeździć zimą. I jestem diabelnie ostrożnym, by nie powiedzieć – tchórzliwym – kierowcą. I co z tego, skoro na drodze nawet najostrożniejszemu driverowi może zza zakrętu wyskoczyć nagle jakiś psychopata?

    Koleś nawet się nie zatrzymał. Wiem, bo zaraz po lądowaniu obejrzałam się i zobaczyłam tylko, jak znika za zakrętem. Cóż miałam robić? Wyłączyłam silnik. Zaciągnęłam ręczny (ech, stary nawyk…). Wyskoczyłam z auta i przyjrzałam się krytycznie sytuacji.

    Nie wyglądało to jakoś szczególnie dramatycznie, ale Biała Strzała waży jednak tych kilkaset kilogramów, więc raczej nie było mowy o tym, żebym ją stamtąd własnymi wiedźmowymi mocami wyciągnęła. Musiałam przełączyć się więc na tryb „nieporadne dziewczę w tarapatach” i zaczęłam machać na nadjeżdżających od strony „stolycy” kierowców.

    Mówcie co chcecie, ale ludzie są jednak poczciwi. W ciągu 5 minut znalazł się przemiły pan z linką do holowania i jeszcze trzech innych, którzy pomogli wypchnąć moje małe białe cudo z rowu na jezdnię (żeby nie było, zwolniłam ręczny zanim zaczęli pchać…). Bez nich pewnie utknęłabym tam na nieco dłużej. A że „głupi ma szczęście”, znalazła się jeszcze ciężarówka pomocy drogowej nadjeżdżająca od strony Chęcin, dzięki czemu lekko wgięty błotnik wrócił błyskawicznie na swoje miejsce. Panowie, nawet nie wiecie, ile ciepłych myśli Wam w tym momencie posyłam za to, że znaleźliście się tam wtedy na mojej drodze. 🙂

    Otrząsnęłam się szybko, wsiadłam do auta, mniej więcej pozbierałam z podłogi to, co na nią pospadało, włączyłam radio i ostrożnie ruszyłam dalej. Na szczęście przy skansenie czekał na mnie ktoś, kto znacznie lepiej niż ja wiedział, gdzie należy zerknąć, żeby sprawdzić stopień uszkodzeń. Bez wizyty u mechanika się pewnie nie obejdzie, ale… mogło być gorzej. Chyba. 😉 W każdym razie po intensywnych hulankach po świętokrzyskiej ziemi dojechałam do domu bez większych przeszkód, starając się tylko nie przekraczać prędkości 74 km/h, bo coś mi się wtedy zaczynało telepać przy prawym przednim kole. Ale – dojechałam. 🙂

    Dało mi to do myślenia – i do dziś się zastanawiam, jak to jest…
    Gdy przytrafi mi się jakaś niemiła błahostka czy drobna przykrość, potrafię reagować bardzo nieadekwatnie. Mam oczy w mokrym miejscu, łatwo wpadam w irytację albo przygnębienie… I takie różne pierdółki psują mi nieraz nastrój na cały wieczór albo i dłużej.

    Kiedy zaś przytrafia mi się coś, co powinno mnie co najmniej zdenerwować, nagle, nie wiadomo skąd, spływa na mnie lodowata fala spokoju. Żadnego drżenia rąk czy kolan. Żadnych łez, nerwów, histerii. Zupełnie jakby tę zwyczajną, codzienną Anulę zastępowała jakaś odporniejsza, wzmocniona wersja kryzysowa…

    Paradoks?

    Pozdrawiam i życzę Wam dobrych i bezpiecznych Świąt! 🙂

  7. lusia says:

    MOJA PIERWSZA PRZYGODA Z SAMOCHODEM.
    PONAD 2 MIESIĄCE TEMU ZDAŁAM PRAWO JAZDY. OWA HISTORIA JEST OCZYWIŚCIE ZWIĄZANA Z TYM DNIEM. PAMIĘTAM GDY PRZYJECHAŁAM DO OŚRODKA, BYŁAM BARDZO ZDENERWOWANA.GDY WYCZYTANO MOJE NAZWISKO NATYCHMIAST WSTAŁAM I RUSZYŁAM NA PLAC. WYLOSOWANE ELEMENTY OMÓWIŁAM. NASTĘPNIE PRZYGOTOWYWAŁAM SIĘ DO JAZDY. PO USTAWIENIU WSZYSTKICH RZECZY W SAMOCHODZIE POMYŚLAŁAM „NO TO JAZDA”. I W TYM MOMENCIE NACISŁAM KLAKSON. WSZYSCY ZEBRANI NA PLACU PATRZĄ CO SIĘ DZIEJE. A JA WTEDY DODAŁAM GAZU. CZUJE, ŻE SAMOCHÓD ANI DRGNIE. STRES WYŻARŁ MI RESZTĘ SZARYCH KOMÓREK. W KOŃCU POPATRZYŁAM A JA MIAŁAM RĘCZNY ZACIĄGNIĘTY. CHOĆ NIE JESTEM BLONDYNKĄ W KOŃCU RUSZYŁAM. MYŚLAŁAM, ŻE ZNOWU SIĘ NIE UDA, ALE TYM RAZEM ŁUK WYSZEDŁ MI IDEALNIE. NASTĘPNIE EGZAMINATOR POWIEDZIAŁ, ŻE JEDZIEMY NA MIASTO. JEŹDZIŁAM DŁUGO BO PRAWIE 40 MINUT. AŻ W KOŃCU WRÓCILIŚMY DO OŚRODKA I EGZAMINATOR MÓWI ŻE ZDAŁAM, A JA MU ODPOWIEDZIAŁAM „NAPRAWDĘ” (ZROBIŁAM WTEDY TAKĄ MINĘ, NIEDOWIERZANIE MOJE BYŁO OGROMNE) A ON NA TO, ŻE NAPRAWDĘ. I TO BYŁ JEDEN Z EGZAMINATORÓW Z POWOŁANIA BO WYTŁUMACZYŁ MI NA CO POWINNAM WIĘKSZĄ UWAGĘ ZWRACAĆ JEŻDŻĄC SAMOCHODEM. JESTEM MU ZA TO WDZIĘCZNA PO DZIŚ DZIEŃ.
    PS. ALE TAK NAPRAWDĘ KTOŚ KTO CZYTA TEN TEKST MOŻE POMYŚLEĆ KOLEJNY MŁODY KIEROWCA KTÓRY FUKSEM ZDAŁ I NIE UMIE JEŹDZIĆ. JA NALEŻĘ DO TYCH KIEROWCÓW, KTÓRZY BOJĄ SIĘ ZNACZNEGO RUCHU NA DROGACH, DLATEGO JEŻDŻĘ Z ZIELONYM LIŚCIEM NA SAMOCHODZIE. WIDZĘ, ŻE RÓŻNIE LUDZIE REAGUJĄ NA NIEGO. JEDNI TRZYMAJĄ ZNACZNĄ ODLEGŁOŚĆ ODE MNIE, INNI WYPRZEDZAJĄ, A JESZCZE INNI BARDZIEJ ZNERWICOWANI TRĄBIĄ (POWIEM SZCZERZE CZASAMI NIE WIEM DLACZEGO BO STARAM SIĘ JEŹDZIĆ ZGODNIE Z PRZEPISAMI I NIKOMU NIE ZROBIĆ KRZYWDY. NIE WIEM MOŻE TO WSTYD JECHAĆ ZA KIEROWCĄ Z LIŚCIEM?!) CZASAMI TRZEBA NIE TYLKO MYŚLEĆ ZA SIEBIE ALE I ZA INNYCH UCZESTNIKÓW RUCHU I TO NAWET TYCH ZE ZNACZNYM STAŻEM. BEZPIECZEŃSTWO JEST DLA MNIE NAJWAŻNIEJSZE..

  8. Sławek says:

    Do niedawna jezdziłem Ladą Samarą.Mam ciekawe wspomnienia związane z tym samochodem.Mianowicie kilka lat temu w wigilię chciałem otworzyc drzwi w aucie,jednak wszystko było zamarznięte i nie mogłem nic zrobic.W koncu udało mi się otworzyc drzwi od strony pasażera,nie namyslając się długo otworzyłem je i wszedłem do samochodu,odpalając go.Kiedy już jechałem nagle zatrzymał mnie patrol policji do kontroli.Niestety nie mogłem opuscic szyby ani otworzyc drzwi,bo wszystko było wciąz zamarznięte.Musiałem wychodzic przez drzwi od strony pasażera.Policjant mało nie pękł ze śmiechu jak to zobaczył.Po kontroli dokumentów chyciłem za klamkę drzwi od strony kierowcy a one nagle się otworzyły.

  9. Ewelina says:

    A moja przygoda to taka, że jechałam z chłopakiem z Częstochowy (do naszego domu mamy ponad 200km i była godzina ok 20)mieliśmy wjechać na stację zatankować, ale stwierdziliśmy, że zaczekamy bo rezerwy jeszcze nie było. Jechaliśmy i jechaliśmy nagle zapaliła się lampka od rezerwy, było ciemno na dodatek okazało się, że źle skręciliśmy na rondzie i jechaliśmy na Kluczbork. Stwierdziliśmy, że poszukamy jakiejś stacji żeby zatankować, niestety jak na złość żadnej nie było wskazówka od paliwa zjeżdżała coraz niżej w naszych oczach przerażenie, żadnej stacji po drodze a jak były to same na gaz. Wylądowaliśmy w Kluczborku wskazówka od paliwa już kompletnie leżała. Podjechaliśmy pod jakiś dom zapytać się gdzie jest jakaś stacja paliw. Okazało się, że tam gdzie była najbliższa była zamknięta. Wtedy to już na prawdę się przeraziliśmy. Na resztkach paliwa na szczęście znaleźliśmy w końcu jakąś stację paliw i szczęśliwie dojechaliśmy do domu niestety zajęło nam to bardzo długo 🙂

  10. Kowal says:

    Co tu dużo pisać.. Przełom marzec/kwiecień 2013r., poranek kiedy następuje zmiana czasu, budzę się i orientuję, że jednak zaspalem do pracy 🙂 wsiadam szybko w auto, śpieszę się :)na drodze śnieg.. i stało się, poślizg, na zakrecie uderzam w krawężnik, opona postanawia się zbuntować i schodzi w felgi.. idę 5 km z buta, większość ma dzień wolny, godz. 6.00, wszyscy śpią, a ja potrzebuje pomocy wulkanizatora.. żeby było milej tydzień wcześniej wyciągam z bagażnika zapasówkę, bo przecież i tak się nigdy nie przyda.. dlugo nie musialem czekać, zeby przekonać się, że to był błąd. 3 godz. pozniej sukces, jeden z wulkanizatorów lituje się i ratuje mój dzień.. za co bierze też nie małe pieniądze.. morał? pamiętajcie o zmianie czasu ;DD i mniej rutyny na drodze 😀

  11. Saint81 says:

    Kurczę… a jeśli ma się nudne życie i nigdy się nie miało żadnych zimowych przygód poza trzygodzinnym staniem w korkach na trasie, którą normalnie pokonuje się w trzydzieści minut? No co ja mam teraz zrobić jeśli mi zależy na takiej nagrodzie? Ok., będę improwizował, a Wy udacie, że nie wiecie o tym, że zmyślam, ok.? Ok.
    Otóż wydarzyło się to jakieś dwa lata temu podczas Świąt Bożego Narodzenia. Jako przymusowy ochotnik zostałem wysłany w poszukiwaniu jakiegokolwiek otwartego sklepu lub stacji benzynowej ponieważ na stole zabrakło wódk… eee.. nie… w to nikt nie uwierzy, że mogło tego zabraknąć. Jeszcze raz. Jako przymusowy ochotnik zostałem wysłany w poszukiwaniu jakiegokolwiek sklepu lub stacji benzynowej ponieważ na stole zabrakło chleba. No, brzmi lepiej. Wyruszyłem w tę śnieżną zawieruchę, która panowała na zewnątrz, w środku nocy, będąc jednoczenie i tak poszkodowanym, gdyż tego dnia od rana chleba nie jadłem. Nawet kromki, podczas gdy inni łapali pajdy raz za razem. Ale taka to już dola kierowcy. Tak więc wyruszyłem w tę ciemną noc, przeszywaną gęstymi opadami śniegu i poruszając się ślimaczym tempem, gdyż drogi były nieodśnieżone turlałem się w poszukiwaniu zaopatrzenia. Jak wiemy bez wielu potraw może się obejść świąteczny stół ale bez chleba? Bez chleba wszystko gorzej smakuje. Ta myśl sprawiła, że wstąpiła we mnie pewna duma, swego rodzaju siła i zaszczyt. Czułem się niczym Jazon wyruszający po Złote Runo czy też Frodo pragnący zniszczyć pierścień w Mordorze. Byłem wybrańcem. Wycieraczki uwijały się sprawnie próbując oczyścić szybę z wciąż zakrywającego je białego puchu. Ogrzewanie chodziło pełną parą lecz mimo to nie zdejmowałem czapki jakby bojąc się, że za chwilę śnieg zacznie się wdzierać do środka poprzez wszelkie szczeliny w samochodzie. Zacząłem odnosić wrażenie, że chyba właśnie zbliża się ten koniec świata o którym swego czasu Majowie pisali na Twitterze. Pomyślałem wtedy czy słusznie robię jadąc po ten chleb jeśli za chwilę świat się skończy, czy nie powinienem jednak zawrócić i być teraz z rodziną. Jednak myśl, jaka będzie ich reakcja gdy pojawię się w drzwiach bez chleba była bardziej przerażająca niż myśl o końcu świata, więc jechałem dalej. Mijałem rozświetlone domy i sklepy, wszystko migało do mnie zza gęstej ściany śniegu jakby próbując dać mi znać, że nie powinienem dalej jechać. Nie dostrzegłem w tym wszystkim ani jednego człowieka, nawet żadne zwierze nie próbowało przemknąć gdzieś na drugą stronę jezdni, wyglądało na to, że jestem jedyną istotą na ziemi, która wyszła w ten wieczór z domu. I wtedy to dostrzegłem. Ten jaśniejący punkt, który stał się dla mnie drogowskazem niczym gwiazda polarna dla żeglarzy. Zmierzałem ku niemu jak ku przeznaczeniu a napis głosił krótko lecz zbawiennie: „Otwarte”. Dotarłem do celu, zaparkowałem samochód, wygramoliłem się na nieodśnieżony parking i wpadłem do środka. „Uratowani” – pomyślałem w myślach i padłem na kolana. Sprzedawca już chciał wyrzucić mnie za drzwi myśląc, że jestem jakimś kolędnikiem jednak szybko się podniosłem i zrobiłem zakupy. Kupiłem sześć półkilogramowych bochenków, ukłoniłem się prawie do samej ziemi i ruszyłem w drogę powrotną, która wydawała mi się sto razy krótsza. Gdy w końcu dotarłem do domu okrzyków radości nie było końca. Wszyscy wiwatowali, nosili mnie na rękach, obiecywali złote góry, rękę księżniczki i połowę królestwa. Jednak przede wszystkim rzucili się na świeży chleb. Każdy szybko dostawał kromkę za kromką i znów przy stole panowała radosna atmosfera. A ja wciąż patrzyłem na to trzeźwym okiem, popijałem herbatę i byłem z siebie niesamowicie dumny ile szczęścia dałem wszystkim w ten świąteczny czas.

  12. Ludwik says:

    A ja dzięki zimowej pogodzie uniknąłem mandatu. Hamując, przy wjeżdżaniu w teren zabudowany, wpadłem w niewielki poślizg. Zanim ustabilizowałem tańczące na jezdni auto, zdążyłem sfotografować się w ślizgu bokiem. Na szczęście ITD, nie opracowało jeszcze metody na dotarcie do kierowców fotografujących się z profilu. Szczęście też w tym, że mój samochód był jedynym przemieszczającym się tą drogą w tym momencie.

  13. JULIANna says:

    W wakacje nabyłam swój pierwszy, wymarzony samochód. Lanos. Marzyłam o samochodzie, nie Lanosie. Tak wyszło.
    Z racji tego, że nie jeździłam często wykupiłam sobie dodatkowe lekcje jazdy, przedłużyłam ubezpieczenie, zarejestrowałam Lanosa. Myślałam, że to koniec wydatków, ale nie. Tak to jest,jak na samochodowe zakupy bierze się kolegę, zamiast mechanika.
    Kolega stwierdził, że jeździ, nie rozpada się, więc jest okej.
    Pierwsze schodki zaczęły się przy butli gazowej. W ciągu 1 dnia stałam się ekspertem od toroidalnych zbiorników i odkryłam, że symbol K.E.2011 to nic dobrego, a tylko wydatek kolejnych 500 zł.
    Czas mijał, pieniędzy ubywało i nastały przymrozki. Pewnego dnia zaoferowałam się, że podwiozę koleżankę do lekarza. Ruszyłyśmy około godziny 17, ale wiadomo, zima, więc jest już ciemno, nieprzyjemnie, na domiar złego dopadł nas deszcz ze śniegiem. W sumie nie byłoby to najgorsze, gdyby nie to, że stojąc na światłach zobaczyłam kłęby dymu unoszące się spod maski. No cóż, na trzypasmówce nie zaparkuję, więc dojechałam pod przychodnię. Z trudem, bo już przy parkowaniu silnik zgasł.
    Dwie baby wiele nie poradzą, ale w tym deszczu i śniegu podniosłyśmy maskę, oceniłyśmy, że wszystko tam gorące jak w piekle, że aż syczy i zadzwoniłyśmy po mężczyznę.
    Mężczyzna przyjechał, ocenił, że nie wie, co się mogło stać, ale trzeba go przeparkować z terenu przychodni na ulicę. No to wsiadłam za kółko, odpaliła silnik i jadę….Zajechałam metr. Silnik zgasł, umarł, amen. Zablokowałam cały wjazd do przychodni. Zaczęło się pchanie w tych wielkich kałużach i deszczu. Po dłuuuższym czasie, pchaniu przez dwie ulice udało się znaleźć miejsce.
    Teorii było kilka, a pierwsza mówiła o tym, że przy okazji skończyła się beznzyna. Odwieźliśmy koleżankę, wzięliśmy baniaczek i dolaliśmy benzyny. Nic a nic. Deszcz ze śniegiem coraz mocniejszy, nic nie widać, ja cała mokra.Padł akumulator.
    No więc znów wracamy na stację, kupujemy klemy, jedziemy ożywiać Lanosa. Wypchnęliśmy go z parkingu, bierzemy się za podłączanie klemów. Za krótkie, nie da rady stać równolegle.
    Zamieniam się w sopel lodu. Wpychamy auto z powrotem, wjeżdżamy (ślepa uliczka) drugim autem, wypychamy lanosa, ustawiamy je do siebie maskami, podłączamy klemy. NIC. K#$^$^%^.
    Może to przymrozek zabił samochód?
    Historia ciągnęła się kilka następnych dni. Miało tam miejsce jeszcze ładowanie akumulatora w domu, hol na sztywnym holu, złamanie się sztywnego holu, wepchnięcie auta na inny parking, zaangażowanie znajomych z linką holowniczą, doholowanie do mechanika. Mechanik orzeka wyrok: pierścienie do wymiany.
    Powiem tyle, że ciężko być kobietą z Lanosem.

  14. maniek23 says:

    Pewnej zimy jadąc do pracy po 5 rano kiedy spadł deszcz w nocy i złapał mróz i jak zwykle zaskoczył drogowców, było ślisko,zimno i ciemno na trójmiejskiej obwodnicy . Podczas jazdy udało mi się nie nadziać na stojące w stłuczkach auta i ruszyłem do pracy. Po przejechaniu kilkuset metrów auto nagle odmówiło posłuszeństwa.Udało mi się zaparkować prawie na poboczu,włączyć awaryjne światła,ubrać kamizelkę i wystawić trójkąt. cytrynka nie dawała oznak życia a ciemność uniemożliwiała jakąkolwiek diagnozę. kierowcy bezdusznie przejeżdżali obok nie reagując na dawane znaki. Karetka jadąca do kolejnych stłuczek zatrzymała się na chwilę i tylko spytali czy nie potrzebuję pomocy medycznej.Powiedziałem że nie ale przydałaby się laweta .Po chwili zjawiła się policja i ubezpieczając moje auto pomogła stanąć na poboczu ale nie mogła wezwać lawety ponieważ ma zakaz podawania telefonu lub wzywania, paranoja.Na złość tego dnia zostawiłem telefon komórkowy w domu a nie był to piątek 13 .W ciemnościach z kamizelka na plecach udałem się poboczem drogi oświetlany reflektorami przejeżdżających obok aut. Udało mi się dotrzeć do przystanku MZK i wrócić do domu po 2 godzinach jazdy objazdami spowodowanymi gołoledzią na drodze.W domu odnalazłem komórkę a w internecie numer tel. do pomocy drogowej. Poz zawiezieniu auta do mechanika okazało się ze to tylko pompa paliwa zrobiła taką niespodziankę akurat takiego dnia kiedy to zima jak co roku zaskakuje drogowców obojętnie w jakiej pojawi się formie .

  15. WITASH says:

    JADADAC SAMOCHODEM DO RODZINY SPOTKALEM PRZY DRODZE RANNA SARNE KOŻYSTAJĄC Z APTECZKI UDZILILEM JEJ POMOCY I DWA TYGODNIE POZNIEJ MIJALEM JA W TYM SAMYM MIEJSCU MOJA POMOC PRZYNOSLA SKUTEK PONIEWAŻ JUZ BYLA ZDROWA

  16. Łukasz n says:

    Moja zimowa historia z przed 5 lat.
    Kupiłem nowy samochód z centralnym zamkiem. Woooow szał. . Nie mogąc nacieszyć się swoim nowiutkim samochodem chciałem pochwalić się przed dziewczyną i zabrałem ją na przejażdżkę. Oczywiście chciałem jej zaimponować. Po drodze skręciłem w boczną uliczkę by pobyć z ukochaną sam na sam . Zaczęliśmy się całować i… Oczywiście zamknęliśmy się od środka. Po wszystkim wyszedłem z samochodu zapalić papierosa moja wybranka by dotrzymać towarzystwa wyszła ze mną. Nie ubieraliśmy kurtek bo przecież tylko na chwilę wyszliśmy . Chcemy wrócić do samochodu i ruszać w dalszą drogę a tu…. Drzwi zakluczone ,kluczyki w stacyjce a my na swetrach gdzieś na odludziu w środku zimy. I co teraz? Nowy samochód wzięty w kredyt szkoda szyby. Więc zadzwoniłem do szwagra by przywiózł mi kluczyki zapasowe. Nigdy w życiu nie zapomnę tego wstydu i śmiechu. Teraz już z moją żoną wspominamy z uśmiechem na twarzy tę historię.

  17. blondynka says:

    Moja przygoda z kierownica zaczela sie rok temu, gdy w okresie zimowym zdalam prawo jazdy. Mieszkałam przez kilka lat na wsi. Tam policja bywała od święta, a drogi byly tak rzadko uczeszczane, ze koleiny i dziury byly mi obce. Od zawsze kumplowalam sie z chlopakami: wolalam ubrudzic sie smarem niż bawić lalkami. Rodzice mieli trzy samochody, a grzebanie w silniku bylo dla mnie istną zabawa. Jeździć autem nauczylam sie juz sporo lat zanim rozpoczelam robić prawojazdy. Glupio bylo mi sluchac jak starsi sie przemadrzaja, ze jeżdżą gdzies autem, kiedy na co najwyżej mogłam sie przejechać rowerem. Poprosilam przyjaciela, pojechalismy na żwirownie i zaczelam naukę. Cwiczylam bardzo długo, nawet z tata, jak gdzieś blisko trzeba bylo pojechać (oczywiście zawsze ktos dorosły byl ze mna, żebym czegoś głupiego nie zrobiła). Kinga-driver -tak śmiały sie zazdrosnego dziewczyny. Jakoś ich malowane codziennie twarze, oczy, paznokcie, tysiące diet i chłopach mnie nie interesowali. Bylam jedyna dziewczyna w gronie kilkunastu chlopakow.
    Nadeszła zima. Dosyć mroźna. Miało to miejsce dwa dni przed moim egzaminem państwowym na prawo jazdy. Dzwoni do mnie kolega, ze robią wyścigi na żwirowni i czy chce popatrzeć. Popatrzeć? O nie! Nie po to mnie tyle uczyli żebym sie patrzyła. Postanowiła wziąć udział. Gowniara, bez praska, wokół sami dorośli, doświadczeni. Przyjaciel dal mi swoje auto pod warunkiem, ze pojedzie ze mna. Kiedy po poludniu przyjechalismy na żwirownie śnieg sypal okrutnie, kałuże byly pozamarzane (lokalne lodowisko dla dzieci) , słowem: warunki nie do jazdy. Ale, kto by sie przejmował. Chwila na przygotowanie sie, wokół pełno bylo głupich komentarzy ”gowniara, zobaczymy co blondyneczka potrafi”. Jakoś nie przejmowała sie tym. Chciałam to potraktować jako zabawę. Inni obstawiali pieniądze, ale ja mialam jechać ot tak.
    Wsiadamy, ostatnie poprawki, pasy, odpalamy silnik i… Poszlo.
    Taaak… Blondyneczka została trochę z tylu. Ale tak łatwo nie dam sie! Oczywiście, ze nie dojechalam pierwszą czy nawet druga do mety. A głównie dlatego! Ze nikt nam nie powiedział, ze jedna z zamarzniętych kałuży nie byla tak płytka jak pozostala. Kilka miesiecy wczesniej koparki wykonywały tam żwir. A wtedy lod byl zbyt cienki i gdy tylko przejezdzalismy, załamał sie. Auto skasowane, wypadek piękny… Do dzis się ciesze, ze ani ja ani mój przyjaciel nie ucierpieliamy. Dzis, jako studentka medycyny wiem, ze bylam bardzo nierazsadna, wyścig mogłam przy płacić życiem.
    Natychmiast cala widownia pobiegła za nami i po wyciągali nas z samochodu. Nie wiem co sie ze mna działo. Ja pamiętam, ze jadw, a później, ze leże na kolanach u kogoś i karetkę. W szpitalu odwiedzili mnie wszyscy uczestnicy wyścigu. Dowiedziała sie co bylo powodem wypadku, ze bylam jedyna dziewczyna która kiedykolwiek wzięła udział w ,zawodach,. Ci, którzy mnie obgadywali przeprosił i zwrócili mi honor, przyznali, ze „Taka dziewczyna jak Ty ma nie tylko szacunek ale i jaja. Oby tylko nie dosłownie mała”. Chwile po siedzieli, posmialismy sie. Nie mialam ani wstrząsu mózgu, ani złamań, podobnie jak mój przyjaciel. Głupi ma farta.
    Jednak… Kolejnego dnia mialam miec egzamin. Nie chciałam wsiadac do samochodu, balam sie, ze cos sie stanie. Pojechalam sama, nie chciałam zeby inni widzieli jak placze z nerwów przed jazda. Siedze, czekam, trzese sie jak galaretka.
    „Pani Kinga… proszona”. Świat mi zawirowal… No ale ide. Co tam! Najwyżej będę omijać zamarzniete kaluze. Egzaminu nie będę opisywać, bo po co. Liczy sie to, ze… Zdalam! Radość byla niesamowita, kolejne łzy ale tym razem ze szczęścia. Kiedy wychodzilam z ‚bananem’ (uśmiechem) na twarzy z ośrodka egzaminacyjnego zobaczylam wielka grupę ludzi z jakimś prezentem. To moi znajomi. I przyjaciele i prawie wszyscy z wyścigu. Kupili wódkę, breloczek do kluczy i krzyczeli na pol parkingu ze wierzyli we mnie,ze zdam, bo zamarznięte kałuże dla mnie to juz pikus! I mieli racje.
    Dzis chyba,jestem specem w jeździe zima po lodzie. Uwielbiam driftowac, choć zawsze drży mi serce gdy jezdze na ręcznym po zakrętach. Póki co, oby jak najdłużej, jestem bez wypadkowa. Studentka medycyny… Chyba nie wyroslam na az taka niegrzeczna 🙂

  18. Paweł says:

    Jak to w zimie bywa, co roku spotyka nas historia, którą można opisać. Zdecydowałem się opisać Państwu jedną z nich. Mianowicie kilka lat temu w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia w zimowy mroźny poranek raduję się czasem spędzonym w gronie rodzinnym, aż tu nagle dzwoni telefon. Zerkam na wyświetlacz — Szef–( wówczas pracowałem w firmie zajmującej się chłodnictwem i klimatyzacją)Pomyślałem, że dzwoni z życzeniami. A tu słowa, których nikt nie lubi w Święta– Awaria!. Sprawa trochę nie typowa, ponieważ dzwoniła para młoda, która w drugi dzień Świąt brała Ślub. Mieli ciężki orzech do zgryzienia, a mianowicie komory chłodnicze, w których trzymali całe jedzenie, alkohole itd. przestały chłodzić.
    Przyznam się szczerze, że mimo Świąt szef nie musiał mnie namawiać, zwłaszcza, że jechał razem ze mną.
    No, i w drogę — myślę sobie max. 6 godzin i będziemy w domku. Oczywiście jak to w życiu bywa pracę skończyliśmy o godzinie 20. Większość pracy na zewnątrz przy agregatach, na mrozie i ciągle padającym śniegu. Ale co tam ludzie będą mieli wspaniałe wesele. Z tego się cieszę!
    Cali zmarznięci i przemoczeni od śniegu jedziemy do domu. Żeby tego było mało w jednej z miejscowości mały poślizg i stajemy w małej zaspie. Wychodzę, biorę szpadel i do roboty…. PO chwili widzę 2-3 osoby w oknie jednego z bloków, ale niestety oprócz nagrywania nas telefonem, żadnej pomocy nie zaoferowali (takie życie). Po około godzinie na skraju wyczerpania udaje nam się !!! (Ps. nasz samochód to bus renault trafic). Jedziemy do domku, marzę tylko o ciepłej kąpieli i gorącym kakao. Śnieg nie ustępuje, więc tempo jazdy nie powala. Ciemno, zimno dookoła same lasy. Po pewnym czasie doganiamy samochód osobowy. Aż tu nagle gałęzie pod ciężarem śniegu ustępują i w aucie nagle robi się ciemno. Zatrzymujemy się w poprzek drogi. Otwieram drzwi, słyszę krzyki dzieci i płacz ich mamy. Zerkam w stronę lasu i widzę auto osobowe w rowie w wielkiej zaspie śniegu. Pierwsza myśl, idziemy na pomoc. Zamykam drzwi i aaaaaaaaaaaaaaaaaaa……………………………………….., żeby tego było mało przytrzasnąłem sobie palce drzwiami.
    Otwieram drzwi, palce cale ale strasznie boli, krwiaki na czterech palcach, momentalnie pojawiła się opuchlizna. Łzy w oczach chce mi się krzyczeć. (jak ktoś to przeżył wie o czym mówię). Ja chcę do domu!!!!!!!…… z drugiej strony ludzie potrzebują pomocy, szef sam nie da rady. Klękam na kolana —- Boże dodaj sił — za szpadel i jazda. Cud, że nikt nie ucierpiał, i że kobietą był także jej mąż. Kobieta po opanowaniu emocji, opiekuje się dziećmi, a my walczymy se śniegiem. Po kilkudziesięciu minutach udaje się – Bogu dzięki!
    Ręka strasznie boli, łzy lecą z oczu ale jestem szczęśliwy, że dziwnym trafem w tym dniu była awaria i byliśmy tam gdzie ktoś nas potrzebował i tej pomocy mogliśmy skutecznie udzielić.
    W ten sposób poznałem co to znaczy –szczęście przez łzy- hahaha
    Mimo, że zimowych historii na drodze było więcej ta najbardziej utkwiła mi w pamięci pewnie dlatego, że jest nietypowa i dużo w niej zbiegów okoliczności. I jak tu nie wieżyc w przeznaczenie!
    Pozdrawiam Was i Wesołych Świąt !!!!!!

  19. agnieszka says:

    Moja zimowa przygoda była bardzo, ale to bardzo niebezpieczna. Pewnego zimowego wieczoru gdy wracałam z pracy zaparowały mi szyby. Nie chciało mi się czekać aż odparują dlatego jechałam 30 na godzinę. Nagle na ulice tuż przed moim samochodem upadł pijak. Ledwo zdążyłabym odbić w drugą stronę, bo gdyby nie to przejechałabym mu po głowie.. Byłam przerażona, wybiegłam do niego samochodu, okazało się ze nic mu nie jest tylko poślizgnął się na lodzie. Jednak dla mnie ta sytuacja była tak przerażająca że przez kilka dni bałam się jeździć samochodem. Dopiero po pewnym czasie poczułam się pewnie za kierownicą.

  20. dawid10_15 says:

    Jechałem ostatnio autem. Zobaczyłem na poboczu kobietę, która ewidentnie miała kłopoty z samochodem. Zjechałem więc, już miałem się pytać, w czym pomóc, a kobieta zaczęła się na mnie wydzierać, że pewnie jestem złodziejem, gwałcicielem itp. Zaczęła wzywać pomocy, okładać mnie torebką, a na koniec zadzwoniła na policję. Zostałem, aby wyjaśnić całe nieporozumienie. Mężczyźni na poczatku wierzyli w jej wersję, ale gdy dali mi dojść do słowa i świadkom puścili mnie do domu. Spędziłem wcześniej łącznie 3 godziny na komisariacie, a miałem o 18 odebrać syna z przedszkola. Ostatecznie w domu byłem o 23, a tam czekała mnie awantura z żoną pod tytułem: Dlaczego się spóźniłeś itp.

  21. brollis says:

    Tankowałem pewnego mroźnego dnia na bezobsługowej stacji. Wrzuciłem stówkę do dystrybutora i podszedłem do wlewu paliwa zamykanego na kluczyk. Wkładam kluczyk, próbuję przekręcić… i nic – zamarznięte! Pobiegłem na pobliską stację obsługową by kupić odmrażacz. Wracam, psikam kilka razy do zamka – udało się otworzyć wlew do baku, ale… moją stówkę już zjadł automat :/.
    Na szczęście udało się odzyskać pieniądze, a ja mam nauczkę, żeby zawsze najpierw otwierać wlew, a potem wrzucać kasę :).

  22. Patrycja Srybka says:

    To było kilka zim wstecz. Wstałam trochę wcześniej do pracy bo jak to w zimę trzeba odśnieżyć auto. Tym razem podchodząc do auta byłam w szoku bo auto było pokryte 10 cm lodem, w nocy padał deszcz a mróz zrobił swoje. Tyle lat jeżdżę autem i w życiu nie widziałam czegoś takiego, wyglądało to tak jakby ktoś polał mi auto wodą. Już wiedziałam że spóźnię się do pracy. Było wcześnie a na parkingu jeszcze żaden sąsiad nie zmagał się z autem. Po pół godzinnej walce z drzwiami kartą kredytową, mogłam w końcu dostać się do środka i wyciągnąć skrobaczkę. Auto od środka wyglądało jak igloo całe w lodzie i zero widoczności. Gdy skrobałam przednią szybę i w końcu udało mi się zrobić otwór w wielkości jajka, z psem wyszedł sąsiad, krzyknął „niech pani wsiada i jedzie…nim pani dojedzie, lód sam odpadnie!” … do dzisiaj jak skrobię auto śmieję się pod nosem z mądrej rady sąsiada. Po tej przygodzie z lodem pierwszy raz zakupiłam odmrażacz do szyb i trzymam jeden w domu, na wszelki wypadek.

  23. magdalena says:

    Na kilka dni przed całym świątecznym zamieszaniem, postanowiliśmy wraz z moim chłopakiem, by nadrobić nieco kilometrów w poszukiwaniu doskonałej ryby na świąteczny stół. Nie jestem miłośniczką karpia, dlatego oboje zgodnie zdecydowaliśmy się na szczupaka. Po drodze do miejsca, gdzie można kupić żywe ryby, wykonaliśmy kilka telefonów do przyjaciół i rodziny z pytaniem, czy nie potrzebują jakiejś ryby. Zebrawszy wszystkie zamówienia, dotarliśmy do celu. Przemiły, obsługujący nas pan, wyławiał cierpliwie trzy pokaźne szczupaczki i dwa grubiutkie karpie. Po wybraniu najładniejszych ryb, Pan zapakował żywe ryby, które zabraliśmy do samochodu. Nie chciałam ich trzymać koło swoich nóg, by nie pobrudzić ubrania, więc postanowiliśmy położyć ryby na podłogę za moim fotelem. Ryby szamotały się od czasu do czasu, dopóki nie poczułam jak coś ogromnego wije się między moimi stopami. Przed oczami miałam paszczę krokodyla, który wściekle atakował moje buty. Zaczęłam panikować, uniosłam nogi aż na przednią szybę, płacząc i histeryzując. Mój chłopak zatrzymał się na poboczu i zanosił się ze śmiechu, zamiast zabrać jak najdalej ode mnie te wściekłe zwierzę. Gdy się wreszcie uspokoił, odłożył rybę na miejsce, wróciliśmy do domu, a wojownicza ryba dumnie prezentowała się później na świątecznym stole, a smakowała równie pysznie, jak wyglądała.

  24. Dominik says:

    Bardzo uwielbiam zimę taką jaka jest obecnie, ponieważ jak są mrozy każdy mój dzień to przygoda i walka o przetrwanie. Nie mam garażu, a moje autko jest już wiekowe, więc jak mróz doskwiera drzwi od kierowcy nie otwierają się, zresztą jak i szyby, drzwi pasażera owszem otwierają się ale już się nie zamykają. Wszystko wraca do pełnej sprawności dopiero jak wnętrze auta trochę się nagrzeje, czyli po przejechaniu ok.8km. Tak więc wchodzę i wychodzę drzwiami pasażera i następnie zabezpieczam je przed otwarciem pasami. Często bywa, że muszę dostać się do auta tylnymi drzwiami, raz nawet przez bagażnik. Proszę sobie wyobrazić co było gdy przestała działać dmuchawa – dobrze, że otwiera się szyberdach.
    Lubię ciepłą zimę ponieważ ze względów bezpieczeństwa w mroźne dni często zostawiam autko na parkingu i lecę na autobus.

  25. Łukasz says:

    Moja przygoda była dość nie przyjemna dla mnie. A mianowicie, wyjeżdzając z parkingu odsunałem szybe aby zeskanować bilet i otworzyć szlaban. Szlaban z górze, ja ruszem, chcę zasunąć szybę a tu nic. Nawet milimetr się nie podniosła. Zatrzymałem się próbując jakoś ją zasunąć lecz niestety nie dałem rady. I 15km jechałem z odsuniętą szybą. A najlepsze jest to, że wtedy była straszna śnieżyca, mocno padało i wiało. Po przejechaniu 10km miałem dość ale dałem rade i dojechałem pod garaż. W aucie miałem wszędzie pełno śniegu a ja czułem się jakbym wrócił z Syberii, cały zmarznięty. Często to wspominam, lecz niezbyt miło…

Napisz swój komentarz:

  • Popularne tagi

  • Archiwum