20 grudnia 2013

Za nami już pierwsze przymrozki. Zima jeszcze do nas w pełni nie przyszła, ale to tylko kwestia czasu. Warto odpowiednio go wykorzystać aby należycie przygotować samochód do zimowych podróży. Pomijam już oczywistą rzecz jaką powinna być wymiana opon z letnich na zimowe. Ten zabieg najczęściej wykonuje się już gdy średnia dobowa temperatura spada poniżej +7 stopni. Tym którzy ciągle jeżdżą na letnich oponach gorąco namawiam do jak najszybszej wymiany opon.

Zimowa aura, ujemne temperatury mogą mieć negatywny wpływ na stan samochodu. Zobaczcie więc poniższy filmik o pasjonatach bezpiecznej jazdy zimą, który przypomni Wam o co warto zadbać przed zimowymi podróżami.

Zimowa półka BP

Tak tak… jak zdążyliście się pewnie zorientować po tytule postu i po treści filmu sponsorem dzisiejszego wpisu na automotiveblog.pl jest marka BP. Wierni czytelnicy mojego bloga zauważą pewnie, że to nie pierwsza obecności marki BP na blogu. Z marką BP się polubiłem już jakiś czas temu, a podczas ostatniego tankowania również na lokalnej gliwickiej stacji BP zauważyłem „zimową półkę” z najbardziej przydatnymi zimowymi akcesoriami w które warto się zaopatrzyć by uniknąć niemiłych niespodzianek na drodze.

Odnośnie samego przygotowania samochodu do zimy to ja dodałbym do informacji przedstawionych w poniższym filmie jeszcze dwie o jakich pisałem już wcześniej. Pierwsza to prawidłowa eksploatacja samochodu i akumulatora, o której wspominałem już wcześniej na blogu. Druga sprawa to mycie samochodu. W zimie zmorą kierowców jest sól, z jednej strony pomaga ona w zimie utrzymać odpowiedni stan nawierzchni dróg, zaś z drugiej strony razem z błotem pośniegowym osadza się na karoserii mogąc tworzyć ogniska korozji. Dlatego też zimą jest zalecane częste mycie samochodu wraz z podwoziem. Niestety spód auta ciężko będzie wymyć na myjni ręcznej, dlatego tutaj warto skorzystać z myjni automatycznej.

Obowiązkowo w zimie należy stosować zimowy płyn do spryskiwaczy. Pozostawienie w zbiorniku płynu letniego może w skrajnej sytuacji skutkować jego zamarznięciem i popękaniem zbiornika. Kolejną przydatną rzeczą będzie odmrażacz do szyb oraz silikon do uszczelek. Zamarznięcie drzwi i ich siłowe otwarcie może skutkować rozerwaniem uszczelki, której wymiana może być dość kosztowna.

Zimowa półka BP

Czas na konkurs 😉 czyli to co lubicie najbardziej. Fundatorem trzech zestawów z zimowymi akcesoriami jest oczywiście BP, a Waszym zadaniem jest opisanie swojej najciekawszej zimowej samochodowej przygody.

Jak zawsze swoje historie opisujecie w komentarzu pod wpisem. Na Wasze propozycje czekam do 27/12/2013 do godziny 23:59. Rozwiązanie konkursu w Sylwestra 😉

Tu znajdzciecie regulamin

tagiTagi: , ,
comment 35 komentarzy »

Komentarze:

  1. Janina says:

    Pewnego dnia zdarzyła mi się zabawna historia.

    Przez tłum w autobusie przedzierałam się by dotrzeć do kasownika. Dźwięk opadającej iglicy w kasowniku uzmysłowił mi, że znów moje 2, 50 poszło na marnacje. No, może nie całkowitą, bo jednak niewielki to koszt dla ochrony moich czterech liter przed mrozem.
    Tym razem jednak, ten wiadomy dźwięk odbierający mi 2, 50 był bardzo głośny. Awaria kasownika, czy co? – pomyślałam zdziwiona. A może to ten wyższy VAT jest sprawcą, że jak drożej to i masz kliencie, dużo głośniej, ci zabierzemy forsę – zaśmiałam się w duchu. No ale te efekty specjalne z dodatkowym wstrząsem całym autobusem nie był już konieczny- uznałam lekko zlękniona. – Trochę z tym już przesadzili. Ludzie przecież to jednak tylko 2,5. Kierowca nagle uniósł się zza kierownicy. Już chciała krzyknąć:- Ludzie spokojnie, przepraszam może i za silnie pociągnęłam, ale miałam dzisiaj taki dzień w szkole, że o matko, lepiej nie pytajcie, przedmioty ścisłe. Archimedes! Lepiej nie pytajcie, co ja się dzisiaj z nim miałam w szkole.
    Widzę jednak, że uwaga wszystkich pasażerów, ku mojemu zadowoleniu skierowana została w stronę wysiadającego i wyraźnie zirytowanego kierowcy. Kiedy będąc na zewnątrz naszej rakiety komunikacyjnej, zamaszyście kopnął w jedno z kół wszyscy zrozumieli, że tak, o to wszyscy mamy pecha nie tylko ja dzisiaj w szkole z tym Archimedesem.
    To mnie właściwie trochę wyluzowało. – A co, dzieje się źle, jak dobrze, że nie tylko mnie. – pomyślałam z szyderczym uśmieszkiem.
    Wszyscy wysiedliśmy z autobusu żeby zobaczyć, w jakim stanie jest nasz pojazd i co na ten temat sądzi nasz kapitan kierowca. Kapitan naszego statku ze zmarszczonym czołem i z rozłożonymi bezradnie rękoma oznajmił nam wszystkim: – Dalej nie pojedziemy! – drapiąc się po resztkach włosów na głowie wycedził już ciszej, – Koło co prawda mam, ale lewarek zepsuty, a bez tego nie uniosę samochodu.
    No tak pomyślałam. Jednak zmarzną mi nie te cztery litery przez tą naszą komunikacyjną rakietę, nieudany eksperyment NASA.
    Stoimy w szczerym polu. Wiatr tnie niemiłosiernie zimnem po policzkach. Kierowca siarczystym językiem mamrocze sam do siebie – No jak, jak ja mam to draństwo unieść?. Rozglądam się zziębnięta i znudzona. O matko, jaki księżycowy krajobraz. Tylko równina, że psa z nie tylko kulawą noga nie zobaczysz, ale i wrony chyba zawracają tu już 2 km wcześniej. Równina po horyzont i jakieś belki drewniane.
    Ale, ale, zaraz, zaraz, mam!- Olśnienie- Eureka- pomyślałam radośnie! Ja! Ja was wybawię!
    Podbiegłam do wyraźnie już zrezygnowanego kierowcy. I patrząc mu prosto w oczy i trzymając oburącz za waciak, w twarz mu wykrzyczałam. – Wiem, wiem, Archimedes, tak, on to przewidział, „dajcie mi punkt podparcia, a poruszę Ziemię!”. – Kierowca spojrzał na mnie zdziwiony, Za chwilkę jednak wodząc za moim wzrokiem w kierunku belek i naszego pojazdu uśmiechnął się i rozpromieniony podbiegł do pasażerów. Najwięksi „macho meni” z autobusu napinając mięśnie i naciskając na dźwignię zrobioną z prostej belki opartej o kamień unieśli nasz drogocenny pojazd by wymienić sflaczałe, to coś drugie po prawej.
    No cóż Archimedesie, wybacz. Po tylu wiekach wciąż się na coś się przydajesz, a ja w domu chyba jeszcze raz, wnikliwiej poczytam sobie o Tobie. Dzięki Archimedesie, dziękuje szkoło.

  2. EWA says:

    Była Wigilia i właśnie wracałam spóźniona z uczelni po ostatnim kolokium w tamtym roku akademickim. Jechałam autostradą i czułam, że chyba jest straszny wiatr, bo rzucało mi autem. Spieszyłam się, bo dochodziła już 13 a ja chciałam jeszcze coś pomóc w przygotowaniach do wieczerzy i oczywiście bardzo się za bliskim i stęskniłam. Nagle autem zatrzepotało jeszcze bardziej. Zorientowałam się, że chyba coś jest nie tak. Widząc przed sobą zjazd zboczyłam z autostrady, żeby poddać moje auto dokładnym oględzinom. Okazało się, że złapałam gumę. Nie miałam przy sobie zbyt dużo pieniędzy jak przystało na studentkę. Niestety. Stałam i bezradnie wgapiałam się w przebitą oponę. W bagażniku wiozłam poczciwe koło zapasowe, jednak brak moich umiejętności w dziedzinie jego zamiany był tak ewidentny, że nawet nie pomyślałam, że dałabym radę go zmienić. Nagle podeszł do mie przystojny, wysoki brunet o pięknych, niebieskich oczach. Zaproponował swoją pomoc pod warunkiem, że w barze obok na tym zajeździe zjem z nim wieczerzę Wigilijną, bo jest akurat w trasie i chętnie posili się w miłym toarzystwie. Spadł mi z nieba, bo czas mnie naglił. Zgodziłam się wiec na wspólną Wigilię w barze obok – zjedliśmy chleb i wypiliśmy owocową herbatę, która udawała wigilijny kompot z suszu. Było mi go szkoda – ja zaraz miałam być w domu pełnym bliskich. Dobrze nam się rozmawiało. Koło wymienił i w samą porę byłam w domu.

  3. Angelika says:

    Z moim przyszłym mężem wybraliśmy się na Sylwestra do domu jego rodziców położonego w środku lasu w dolinie. Uzbrojeni w okolicznościowe napoje i mnóstwo jedzenia cieszyliśmy się, że spędzimy te kilka dni tylko we dwoje (rodzice przyszłego męża pojechali na Sylwestra do Wiednia). Udekorowaliśmy dom, zrobiliśmy pyszną kolację, pobawiliśmy się i poszliśmy spać. Zasunęłam szczelnie rolety, by słońce nas nie pobudziło. Przebudziłam się koło 14.00, ale nie odsłaniałam rolet. Poleżeliśmy sobie do wieczora. Wieczorem postanowiliśmy zrobić sobie romantyczny spacer do lasu. Ciepło się ubrałam i już prawie wychodziłam, gdy okazało się, że nie można otworzyć drzwi wejściowych. Gdy odsłoniliśmy rolety wszystko było jasne. Przez noc i dzień napadało chyba z metr śniegu. Samochodu nie było widać. I jak my teraz stąd wyjedziemy, jak do drogi z asfaltem 2 kilometry przez las całkowicie zasypany śniegiem? Przecież to wieś, pługi nie jeżdżą…Szybka decyzja. Odkopaliśmy samochód, odgarnęliśmy wejście do domu, zostałam pilnować dobytku i odgarniałam wyjazd z lasu a przyszły mąż poszedł szukać pomocy u sąsiada. Po prawie dwóch godzinach wrócił z sąsiadem…jechali konno 🙂 a jeden z koni ciągnął za sobą „pług” domowej roboty…następne dwie godziny odgarniali wyjazd do drogi, mimo tego auto nie chciało ruszyć z miejsca…byłam podłamana ponieważ na drugi dzień zaczynałam nową pracę…wreszcie padła decyzja auto wyciągną konie…i tak przez dwa kilometry samochód sobie jechał wspomagany przez dwa grzywacze… 🙂

  4. Dawid says:

    Najciekawsza opowieść zimowa związana z motoryzacją hmm… Dla wielu z nas zima kojarzy się z czasem, kiedy można polatać bokiem nie mając zbyt dużego pojęcia o tym. Przyznam szczerze, że pierwsza zima po odebraniu prawa jazdy była dla mnie wyzwaniem ale też w pewien sposób okazją na ciekawą przygodę. Pewnego dnia zadzwonił do mnie kolega i namówił mnie na wybranie się na ośnieżony parking niedaleko supermarketu. Przekonałem się wtedy, że hamulec ręczny służy nie tylko do pozostawienia samochodu w miejscu ;). Ten przypływ adrenaliny… a posiadałem wtedy przednionapędowe auto więc jak na początek wystarczyło. Godzinna jazda wokół latarni… to się nazywa „przyjemność z jazdy”. Jednak tej zimy (pomimo że nie było za dużo sniegu) poznałem prawdziwe oblicze zimy i auta z tylnym napędem, zakochałem się… 🙂 to było to!!! Ćwiczenie umiejętności „latania bokiem” na pustym ośnieżonym parkingu. Szczególnie jeśli samochód nie grzeszy systemami wspomagającymi kierowcę. Można poczuć auto i stać się z nim jednością. Od tamtego czasu z utęsknieniem czekam na kolejny śnieg i okazję aby znów pobawić się tylnonapędowym BMW, które jest moim rówieśnikiem…

  5. Aga says:

    Kilka lat temu pod koniec stycznia wybrałam się w mężem nad nasze ulubione jezioro. Spakowaliśmy śpiwory, karimaty, namiot, prowiant a nawet rozpałkę do ogniska. Około 15:00 byliśmy na miejscu. Zaparkowaliśmy niedaleko jeziora, jakieś 10 metrów od. Przeszliśmy się trochę po zamarzniętej tafli, po lesie, zebraliśmy trochę chrustu i rozpaliliśmy ognisko, upiekliśmy kiełbaski, porzucaliśmy się śniegiem. Wszystko ładnie, pięknie, ale było jednak za zimno na namiot i po godzinie 20 zaczęliśmy się zbierać do domu. Jakie było nasze zaskoczenie, gdy okazało się, że samochód, który do piaskowej, utwardzanej drogi miał „pod górkę” podjechał pod nią jedynie 2 m. Pod górkę było za ślisko. Próbowaliśmy wyjechać na różne sposoby. Objechać te oblodzone miejsce, popchnąć samochód mocniej – „zakołysać nim”, podkładaliśmy wycieraczki pod koła. Po niecałej godzinie zorientowaliśmy się, że przednim kołem zrobiliśmy podkop i do tego straciliśmy już chyba tyle benzyny że bezsensu było próbować dalej. W oddali, w środku lasu stał dom, ale stwierdziliśmy wspólnie, że pukanie o tej porze, to nie jest dobry pomysł. Do tego ciągle miałam wrażenie, że zza drzew wychodzą dziekie zwierzęta. Pod koniec naszych prób zaczęliśmy zjeżdżać bliżej jeziora, aby być może rozpędzić się i podjechać pod górkę – to również nic nie dało, ale nasz problem się pogłębiał, bo byliśmy coraz bliżej jeziora, i już praktycznie zrezygnowaliśmy z dalszych prób i nastawiliśmy się na nocowanie w samochodzie, gdy… przyszło mi do głowy, że skoro jakieś dwa tygodnie temu z drugiej strony mola widziałam ślady aut prowadzące do jeziora, to może nam też się uda? Objechanie mola to około 100 metrów do naszego wyjazdu. Przeszłam trzy razy całą drogę, aby swoim matematycznym okiem potwierdzić: DAMY RADĘ! Mąż wjechał Corollką na jezioro, ruszył pomału, ale zaraz przyspieszył, mróz skrzypiał pod oponami aż zęby bolały, a ja biegłam za autem (w nadziei żeby się udało). Kiedy objechał molo i wyjechał na drogę piaskową krzyczałam z radości i powiedziałam z łzami w oczach, że jedziemy natychmiast do domu!!!!

  6. MBG says:

    Czas: zima 2003/2004
    Godzina: ok. 20:30
    Uczestnicy: najlepsza z żon, pierworodna córka, ja (autor tych słów i kierowca w opisywanej historii)
    Sceneria: na poboczu, pod ostatnią latarnią oświetlonego węzła autostrady A4, z Wrocławia w kierunku Górnego Śląska – o ile mnie pamięć nie myli wówczas jeszcze nie cały ten odcinek był autostradą

    Jako świeżo upieczeni rodzice, jedziemy z 3 miesięczną córką do Szczyrku. Poczciwa Astra (gen. A) wypchana pod dach przedmiotami najpotrzebniejszymi do pielęgnacji niemowlaczka. Po raptem kilkudziesięciu minutach jazdy charakterystyczny stukot ściąga nas na pobocze autostrady – diagnoza: KAPEĆ. Nagły postój wybudza dziecko. Okazuje się, że woda do rozrobienia mleka jest za gorąca, zimnej nie mamy (brak doświadczenia). Dziecko nie wie co to znaczy poczekaj cierpliwie, nota bene do dzisiaj tego nie wie. Dodatkowo zaczyna sypać śnieg. Koniec końców sytuację udało się opanować, koło wymienić i dojechać do celu jeszcze tej samej nocy, ale dla młodych rodziców emocji było co nie miara.

  7. Asia says:

    Wyobraźcie sobie, że świąteczny dzień w grudniu 2009 roku miał być wyjątkowym i niezapomnianym przeżyciem. I był. Nie tylko dla mnie lecz także dla ponad setki ludzi którzy widzieli całe zajście. Tego dnia targały mną różne emocje lecz nie sadziłam, że samochód może powodować mieszankę uczuć których się zupełnie nie spodziewałam. Było to srebrne terenowe auto marki Jeep, pięknie przystrojone z napisem na tablicy rejestracyjnej: Młoda Para. Tak moi drodzy, tego mroźnego wieczoru brałam ślub. Wszystko szło tak jak sobie wymarzyłam do momentu gdy z obrączką na palcu i mężem pod rękę wyszliśmy szczęśliwi z kościoła. Pędząc w stronę samochodu aby się schronić przed zimnem i jak najszybciej dotrzeć na przyjęcie weselne, zostaliśmy zatrzymani przez młodszego brata męża tudzież szofera słowami: – Zaczekajcie chwilkę bo mamy kłopot z samochodem… Stanęliśmy jak wryci a mąż wycedził tylko: – Jaki kłopot? Kilka kroków od nas stał zapalony, oświetlony i miałam nadzieję, że nagrzany pojazd weselny i nie sprawiał wrażenia, że jest jakiś problem. – Noo zatrzasnęły się kluczyki w środku… – Co? Takiego „Co” nie słyszałam z ust lubego nigdy wcześniej. Sama zamarłam. A miało być tak pięknie. Powiedziałam tylko najspokojniej jak tylko umiałam: – Zróbcie coś z tym i to szybko. Mój wyraz twarzy musiał mówić wszystko bo chłopcy wraz o naszymi ojcami odbyli krótką lecz treściwą naradę i przeszli od słów do czynów. Ze względu na odległość i zimowe warunki drogowe zapasowy kluczyk nie wchodził w grę a brak wśród gości zawodowego otwieracza zamków w amerykańskich autach „wykluczył” także takie rozwiązanie. Zostało tylko rozbicie szyby aby dostać się do środka lub podróż innym samochodem. O dziwo wybrali jednak pierwsze, bardziej widowiskowe rozwiązanie. Na oczach zdumionych gości właściciel pojazdu w osobie mojego teścia przy pomocy lewarka zrobił nam jak to sam ujął „kabriolet”. I tak oto udaliśmy się w drogę na salę weselną pojazdem bez szyby z ogrzewaniem na maksa i zestresowanym pechowym kierowcą, który mało cenzuralnie wyrażał się o centralnym zamku i zapewniał, że nam to przeżycie wynagrodzi. Po równych czterech latach wspominam tamten dzień z uśmiechem mimo, że kosztowało mnie sporo nerwów, kierowcę utratę honoru i salwę niekończących się docinek i drwin a auto szybę. Oglądając zdjęcia lub spotykając się z naszymi gośćmi weselnymi i gdy rozmowa schodzi na motoryzacyjne wpadki lub wesela to często przypominają nam o tym wydarzeniu. Odpowiadamy wtedy chórkiem z mężem: Pamiętamy, takiej zimowej przygody nie da się zapomnieć…

  8. zuzi99 says:

    Działo się to rok temu, przed świętami Bożego Narodzenia. Jak co roku przyjechaliśmy do moich rodziców na wieś. Akurat kupiliśmy nowy samochód, a że mój tato lubi fajne autka to była okazja do pokazania możliwości nabytku. Tato akurat odśnieżał podwórko, gdy mój mąż wyszedł na dwór i zaczął wypróbowywać swoje Quatro. Sami wiecie, boki i inne popisy. W pewnym momencie patrzę i widzę, że tył samochodu zahaczy o budynek. Cały świat zamarł, macham do męża, mój tato otworzył usta, patrzymy i stało się. Mój mąż z pełnym impetem wjechał prawym tyłem samochodu w… garaż swojego teścia, na jego oczach 😀 Zderzak do wymiany, lampa też, troszkę do poklepania i polakierowania – na szczęście nic poza tym. Najwięcej było jednak śmiechu, bo zięć w przypływie euforii rozwalił garaż całkiem świeżo upieczonemu teściowi 🙂

  9. Agata says:

    2 lata temu postanowiliśmy z dwoma koegami przezyc przygodę-wybraliśmy się autem na Ukrainę.. Tak,tak szalony pomysł ale wydawało się nam niesamowite i niemozliwe by tego dokonac wiec postanowilismy sprawdzic siebie.. Podróżowalismy juz kilka dni gdy rozklekotał nam się samochód na środki krętej drogi już w Polsce.. Była to niedziela,w poblizu żadnej stacji,zadnego auta i brak zasięgu.. Postanowiliśmy zostawić samochód na awaryjnych,zabarliśmy najpotrzebnijesze rzeczy i ruszylismy w drogę. Szliśmy jakieś 3h powoli zbliżał się wieczór,my głodni,zmarznięci zaczynaliśmy tracić nadzieję na pomoc i ochotę na kolejne kilometry. W końcu po jakiś 3 km zobaczyliśmy dom,nad nim unosił się dym-czyli ktoś musiał być w domu! Biegiem ruszyliśmy w tamta stronę,modląc się zeby ktoś był.. Jakże było moje zaskoczenie wielkie gdy drzwi otworzył nam mój znajomy z mojej miejscowości. Okaząło isę ze wraz z kilkoma znjaomymi spędzali tu urlop. Przyjeli nas do siebie,postawili pyszne potrawy tj. bigos,pierogi czy tradycyjna sałatke,do tego podali grzańca z goździkami,a w tle ktos grał na gitarze.. Cudowne chwile i bezpieczna noc,której nie zapomnę do końca życia. Ludzie którzy pomogli nam oddając przy tym całych siebie.

Napisz swój komentarz:

  • Popularne tagi

  • Archiwum